Kto naprawdę jest The Special One? (tekst pisany dla pieniędzy)
“Jak doskonale wiecie, moja przyszłość jest związana z FC Porto. Sprawy innych klubów mnie nie interesują .” Takie słowa, niewiele ponad miesiąc temu, padły z ust największego trenerskiego odkrycia minionego sezonu. Dziś Andre Villas Boas, bo o nim mowa, szukuje się powoli do zmiany klimatu i przeprowadzki na Stamford Bridge. To dobra okazja aby przyjrzeć się bliżej tej postaci, przeanalizować jego dotychczasową karierę i zastanowić się jak też poradzi w jednym z najlepszych klubów ligi angielskiej.
Swoją karierę trenerską rozpoczął w dość niekonwencjonalny sposób. W wieku 16 lat Villas Boas, młodzieniec pochodzącu z bogatej, arystokratycznej rodziny i fan FC Porto, podrzucił list z krytycznymi uwagami ówczesnemu sąsiadowi i szkoleniowcowi Smoków - Bobby’emu Robsonowi. Główny zarzut jaki stawiał anglikowi, to przetrzymywanie w rezerwie Domingosa Paciencii z którym później, już na ławce trenerskiej, rywalizował o zwycięstwo w Lidze Europejskiej. Podejrzewam, że ta anegdota jest wam dobrze znana więc nie ma sensu zagłębiać się w szczegóły. Dość powiedzieć, że Robsonowi wyraźnie zaimponowała nutka bezczelności w zachowaniu Villasa Boasa, ponieważ został jego protektorem.To dzięki niemu nastoletni chłopak odbył staż w Porto, oraz na wyspach (w Ipswich Town). Co ciekawe w wieku 21 lat został też na krótko trenerem reprezentacji Brytyjskich Wysp Dziewiczych. Na jego twarzy musiał już wysypać się zarost, ponieważ nie przyznał się pracodawcom do swojego wieku aż do zakończenia tej współpracy. W 2002 roku rozpoczął nowy etap w swoim życiu, wracając do Porto, gdzie został asystentem Jose Mourinho.
Skoro już jesteśmy przy Jose dobrze byłoby się odnieść do bezustannego porównywania Villasa Boasa do jego dawnego mentora. Moim zdaniem obu panów przy wszystkich podobieństwach, więcej jednak dzieli niż łączy. Przede wszystkim warto byłoby obalić mit, że żaden z nich nie zamierzał zostać piłkarzem, od początku upatrując swoje przyszłe zajęcie w trenerce. Owszem, tak było w przypadku Villasa Boasa. Natomiast Mou grał w piłke i to dosyć długo. W pewnym momencie w drugiej lidze portugalskiej. Okazał się jednak tak słaby, że nie pomógł mu nawet ojciec, będący wtedy także jego trenerem. Jose nie poddał się i przez jeszcze kilka lat szwędał się po niższych ligach portugalskich. Być może zdeterminowało to kolejną różnice między tymi dwoma trenerami. Różnice w sposobie bycia, osobowości i kontaktach z mediami. Villas Boas nie prowokuje, nie wykłuca się z sędziami, jest bardziej umiarkowany w przedmeczowych prognozach. Mourinho bez cienia wątpliwości jest wielkim trenerem, ale być może doznana w młodości trauma, zbytnio rozbuchała jego ambicję i agresję w dążeniu do celu. Możecie to uznać za zaletę, ja uznaję to za wadę, przynajmniej w wydaniu Jose.
No ale nie o nim miał być ten tekst i po kilku głupawych spostrzeżeniach domorosłego psychologa na temat mistrza, czas wrócić do jego ucznia, który do 2009 roku zadowalał się rolą asystenta. Pełnił ją u boku Mourinho w 3 kolejnych klubach, długo będąc najbardziej zaufanym jego współpracownikiem. Jednak z czasem zaczął coraz częściej pokazywać, że ma swoje zdanie, niekoniecznie zbiezne z pogladami bezpośredniego przełozonego. W konsekwencji doprowadziło to do rozstania dwóch portugalczyków i rozpoczęcia samodzielnej kariery przez Villasa Boasa.
Jako pierwsi wyciągneli do niego ręke działacze Academici Coimbry, chyba bardziej w akcie desperacji niż z chęci wsparcia młodego, perspektywicznego trenera. Ten uratował zespół przed spadkiem i w obliczu odejścia z Porto Jesualdo Ferreiry, otrzymał szanse prowadzenia klubu o większych ambicjach i możliwościach. Każdy kto oglądał chociaż jeden mecz ekipy Villasa Boasa w sezonie 2010/2011, wie jak fantastyczne były efekty jego pracy. Wygrana w finale Ligi Europejskiej sprawiła, że stał sie najmłodszym trenerem który zdobył to trofeum. Do tego zwycięstwo we wspaniałym stylu w lidze, (w sezonie w którym najwięksi rywale również byli w dobrej formie.) Piłkarze tacy jak Falcao, Guarin, Hulk, Fucile czy Fernando jeszcze rok temu nie byli znani przeciętnemu kibicowi piłki nożnej. Dziś to absolutna światowa czołówka, obiekt pożądania największych klubów większych klubów europie.
Ciężko jest wytłumaczyć fenomen Andre Villasa Boasa. Człowieka który w wieku 33 lat ma na koncie same sukcesy, osiągane z tak dużą łatwością. Co jeszcze bardziej zabawne, wydaje się, że również kolejny etap jego kariery może się zakończyć powodzeniem. Chelsea za Ancelottiego grała systemem, preferowanym równiez przez portugalczyka w drużynie Smoków, tak więc nie będzie musiał wszystkiego burzyć i budować od podstaw. Villas Boas zna ten klub, współpraca z najbardziej doświadczonymi graczami The Blues za czasów Mourinho, układała mu się co najmniej przyzwoicie. Wszystko w życiu zaczynał bardzo wcześnie i chyba przywykł już do sytuacji, gdzie w drużynie grają starsi od niego zawodnicy. Mimo to potrafi zdobyć posłuch i zaufanie dla swoich pomysłów. Być może Andre wróci za pół roku do Portugalii z podkulonym ogonem, być może za kilka lat nikt nie będzie dokładnie kojarzył co to wogóle był za koleś. Jednak jeśli dzisiaj miał bym, zgadywać jak potoczą się jego dalsze losy, byłbym skłonny stwierdzić, że może bardzo szybko dołączyc do największych nazwisk w swoim fachu…
Komentarze (4)
